6. Rozdział IV

Wersja do wydruku   

Słyszę miły głos męski:

- A teraz proszę oddychać samej, wyciągniemy rurę, oddychaj sama, oddychaj.

W głowie śpiewa mi zdanie: jestem po transplantacji, jestem po transplantacji, jestem po transplantacji. Jest mi lekko, wesoło, radośnie. Uśmiecham się. Narodziłam się na nowo. Czuję wyciągnięcie rury. Oddycham. Powoli otwieram oczy. Biały sufit, palące się lampy.

Jest sobota wieczór. Nade mną pochyla się uśmiechnięty dr Kosiński, a z prawej strony łagodna, pełna sympatii i ciepła twarz lekarki.


  • Jak Pani się czuje?
  • Bardzo dobrze. Czy coś Panią boli?
  • Nie.
  • Czuję się bardzo dobrze. Miała już Pani odwiedziny. Był mąż i córka. Jutro przyjdą znowu z wizytą.
  • Czy ja długo będę na OIOM-ie / Oddział Intensywnej Opieki Medycznej/?
  • Około tygodnia.
  • A na oddziale? Tydzień, 10 dni.
  • Bo ja 18, 19 i 20. lutego prowadzę wykłady w Warszawie i muszę być w domu.

Lekarze zaczęli śmiać się.

Proszę teraz niczym się nie martwić. Wszystko będzie dobrze, proszę odpoczywać. Dobrze. Dziękuję. Po chwili już spałam.

   Obudziłam się wypoczęta w dobrym nastroju i dobrej formie. Po południu 16.01.2000 r. /poniedziałek/ przyszedł w odwiedziny mój mąż. Wyglądałam zdaniem męża znacznie lepiej niż podczas wizyty w dniu poprzednim. Siostrzyczka dyżurna chciała rozczesać mi włosy. Zdjęła czepek, w którym leżałam od początku operacji, i szok, okazało się, że płyny podczas operacji dostały się do wewnątrz zlepiając włosy. Po wyschnięciu zamieniły się one w twardą skorupę. Byłam przerażona. Z pomocą przyszła dyżurująca lekarka, która zgodziła się na przyjście fryzjerki, aby umyła mi głowę. Udało się nawet nieźle technicznie rozwiązać problem ułożenia na łóżku, aby można było dokonać ablucji. Odczułam wyraźną ulgę.

   Na OIOM-ie bardzo troskliwie mną się opiekowano. Od trzeciej doby przychodziła pani mgr rehabilitacji, pod której kierunkiem ćwiczyłam. Dosyć dobrze znosiłam leki immunosupresyjne. Niepokojące dla mnie były chwilowe dolegliwości bólowe brzucha. Trudno było jednoznacznie określić ich przyczynę. Miałam przecież założonych 6 drenów plus siódmy dren żółciowy, czyli łącznie około 3,5 m rurek plastykowych w brzuchu. Stopniowo zaczęto usuwać dreny, tak, że pozostał tylko dren żółciowy.

   Chciałam pomóc sobie sama przy dolegliwościach bólowych. Przecież usunięcie bólu było dla mnie drobiazgiem. I nagle okazało się, że w aktualnej sytuacji stało się to niemożliwe. Mój brzuch odpychał ręce. Kiedy dłonie zbliżałam do brzucha odczuwałam tak duży dyskomfort, że rezygnowałam z dotyku. Mogłam dotykać każdej części ciała z wyjątkiem brzucha, a szczególnie jego prawej strony. Pozwoliłam sobie na komfort cierpliwości zgodnie z zasadą - nic na siłę. I nagle w trzeciej dobie, kiedy przymknęłam oczy, zobaczyłam przed sobą przestrzeń wypełniającą się piękną, szkarłatną czerwienią i moje ręce same powędrowały do brzucha. Ułożyły się na nim po prawej stronie, jedna obok drugiej i odczułam miłe, rozchodzące się ciepło i towarzyszącą mu przepełniającą mnie radość - moja wątroba, moja wspaniała nowa wątroba. Taka mi przyjazna, taka ciepła i miła. I obietnica, która samoistnie się formułuje gdzieś wewnątrz mego jestestwa - „będę o ciebie dbała jak potrafię najlepiej, jesteś moja i będziesz mi wspaniale służyła”.

   Jestem świadoma pokonania w tym momencie wszystkich oporów. Dopiero teraz nastąpiła wzajemna akceptacja organizmu i narządu na poziomie „pamięci komórkowej”. Od początku nie miałam obiekcji, jeżeli chodzi o przeszczep, że będzie we mnie obcy narząd. Ani mój rozum, ani emocje, ani psychika nie sprzeciwiały się takiej ewentualności. Jednak okazało się w praktyce, że trzeba było aż trzech dni, aby moje ciało, niezależnie od mojej psychiki i woli mogło zaakceptować zmianę, jaka w nim zaszła, a wątroba dawcy zaakceptowała moje ciało.

   Przykra jest z jednej strony świadomość, że śmierć jednego człowieka ratuje, dzięki ofiarowanemu narządowi, życie drugiemu człowiekowi. Jednocześnie jest to piękny dowód miłości bliźniego. Z drugiej strony, uzmysłowienie sobie faktu, że w ten sposób dawca jak gdyby przedłuża swoje istnienie żyjąc w ciele drugiej osoby, jest bardzo budujące.

   Odczułam coś takiego jak zjednoczenie tych dwóch różnych ciał, wzajemną akceptację, dostosowanie się. Dopiero teraz odniosłam wrażenie, że żyją tym samym rytmem w pełnej harmonii. Niesamowite jest uczucie uczestniczenia w takiej symbiozie. Cieszę się, że dane mi było tego wszystkiego doświadczyć, wzbogacić moje życie o te wszystkie przeżycia i ich postrzeganie. Samo uświadomienie subtelnych przeżyć i wrażeń z nimi związanych dotyczących odbioru własnego ciała i transformacji osobowości przysporzyło mi wiele radości.

   Cały czas czuję przepełniającą mnie wdzięczność dla człowieka, od którego otrzymałam w darze wątrobę, dla jego rodziny za wyrażenie zgody na pobranie narządu, dla zespołu lekarzy, którzy uratowali mi życie. Wiem, że dawcą był 23 - letni mężczyzna. Chciałam coś więcej o nim wiedzieć. Drugiej nocy sześciokrotnie powracał do mnie sen - wypadek samochodowy - żółty, duży samochód zachodniej marki wypada z zakrętu. Następnego dnia, kiedy pytałam lekarza, odpowiedział, że dawca był z wypadku. Nic więcej o nim nie wiedział lub też nie chciał powiedzieć, a ja nie nalegałam. Podobno poinformowano rodzinę dawcy, dzięki których decyzji żyję, że transplantacja udała się.

   Z dnia na dzień czułam się silniejsza. Od momentu wybudzenia po operacji cały czas czułam się szczęśliwa i humor nieustannie mi dopisywał. Lekarze byli bardzo zadowoleni, że tak szybko i bez komplikacji dochodzę do siebie. Wszystko przebiegało prawidłowo. W piątej dobie zostałam przeniesiona na oddział chirurgii do izolatki po przeszczepach. Potrafiłam już samodzielnie siadać i próbowałam również stawać. Na oddziale przyjęto mnie z życzliwym zainteresowaniem. Wszyscy byli bardzo przejęci faktem, że tak szybko powracam do sił i że jestem w tak dobrym stanie ogólnym. Nie korzystałam dodatkowo ze środków przeciwbólowych i nasennych.

   Robiłam coraz większe postępy. Krępowałam się korzystać z nieustannej pomocy pielęgniarek. Postanowiłam jak najszybciej usamodzielnić się. W siódmej dobie po operacji odważyłam się przejść sama przez całą salę. Byłam dumna, że mi się udało. Zaczęłam co godzinę wstawać i chodzić po kilka metrów. Potem spacery były coraz dłuższe, po 10 minut wzdłuż sali. Część dnia mogłam już spędzać siedząc przy stoliku, czytając i robiąc notatki. Codziennie odwiedzali mnie mąż i córka. Mankamentem były bezsenne noce, spowodowane reakcją na leki oraz to, że musiałam leżeć w pozycji półsiedzącej. Zbierała się niewielka ilość płynu nad wątrobą, powodując kłujące - lecz niewielkie pobolewanie, trudności w oddychaniu, szybkie męczenie się przy mówieniu i jakimkolwiek wysiłku, pokasływanie.

   Drugą przykrą uciążliwością były stany zapalne po założonych venflonach. Venflony wytrzymywały tylko jedną dobę, a ponieważ otrzymywałam kroplówki i część leków podawana była dożylnie, musiały być nieustannie wkłuwane. Ponadto dwa razy dziennie pobierano mi krew do badania. Ręce miałam pokłute, posiniaczone i bardzo obolałe. Okłady niewiele pomagały. I właśnie te nakłucia były dla mnie najtrudniejsze do zniesienia. Bardzo się przeciwko nim buntowałam.

    W piętnastej dobie po operacji, w dobrym stanie zostałam przewieziona do Szpitala Klinicznego Dzieciątka Jezus, Kliniki Immunoterapii i Chorób Wewnętrznych Instytutu Transplantologii Akademii Medycznej przy ul. Nowogrodzkiej 59. W Instytucie ustalono jakość i dawkę leków immunosupresyjnych (leków przeciwko odrzutowi przeszczepu). Opiekował się mną zespół dr Urszuli Ołdakowskiej, w którego skład wchodzili dr Jacek Ziółkowski i lekarz medycyny Monika Niewczas.

   Wspaniałą atmosferę w Oddziale tworzyli nie tylko lekarze, ale i pielęgniarki. To dzięki ich postawie pełnej ciepła, cierpliwości, zrozumienia, i czasu dla pacjenta, pobyt w szpitalu i przykre chwilami zabiegi były mniej bolesne w odbiorze. Ich uśmiechnięte i życzliwe twarze wspominam z przyjemnością do tej pory.

   Od chwili operacji przez cały czas byłam konsultowana przez dr Ołdakowską, a podczas jej urlopu przez dr Ziółkowskiego. W czasie zabiegu i bezpośrednio po nim otrzymuje się duże dawki sterydów (Encorton) i leków immunosupresyjnych. W moim przypadku podawano mi Ciclosporine i Cell-Cept - lek bardzo silnie hamujący wczesne odrzucenie przeszczepionego organu. Ponieważ źle tolerowałam Cell-Cept po trzech tygodniach wymieniono go na Imuran.

   Dawki leków dobiera się według wagi pacjenta i jego tolerancji na lek. Stężenie leku we krwi oznacza się dwa razy w tygodniu w dwunastej godzinie po zażyciu ostatniej dawki, a przed przyjęciem następnej. Z czasem, gdy wątroba ma małą immunogenność, dąży się do odstawienia Encortonu, bądź maksymalnego ograniczenia jego ilości. Natomiast pozostałe leki immunosupresyjne stosuje się przez wiele, wiele lat, zmieniając tylko ich dawkę w zależności od potrzeb.

   Jedynym przykrym uczuciem było usunięcie drenu Kehra. Samo jego wyjęcie było trochę bolesne. Natomiast w kilka minut po wyjęciu otrzewna zareagowała gwałtownym, ostrym bólem, który utrzymywał się przez około 8 godzin. Mimo podawania środków przeciwbólowych. Ból był tak intensywny, że nie byłam w stanie zrobić sobie zabiegu energetycznego. Na szczęście akurat w tym czasie odwiedził mnie mąż. Przez godzinę robił mi taki zabieg. Leki plus oddziaływanie terapeutyczne zrobiły swoje. Ból stawał się coraz bardziej przytłumiony i około 23.00 całkowicie się wyciszył.

   Przed operacją nie zdawałam sobie sprawy z tego, że przyjmowanie leków immunosupresyjnych powoduje tak duże obniżenie odporności organizmu. Dlatego przywiązuje się wielką wagę do tego, aby z organizmu wyeliminować wszystkie możliwe źródła potencjalnych zakażeń. Pacjentom po przeszczepach przeprowadza się ponownie wszystkie badania. Przebadali mnie więc okulista, laryngolog, ginekolog /USG, cytologia, badania hormonalne/, zrobiono mammografię, prześwietlenie klatki piersiowej, USG narządów jamy brzusznej, prześwietlenie wszystkich zębów, badanie diagnostyczne osteoporozy.

   Na moje szczęście, badania wypadły pomyślnie z wyjątkiem stomatologicznych. Chociaż wszystkie zęby miałam wyleczone, to jednak po prześwietleniu okazało się, że 4 zęby mogą być potencjalnymi źródłami zakażenia i należałoby je usunąć jak najszybciej. Jednak dr Ołdakowska absolutnie na razie nie wyraziła na to zgody. Zęby usunęłam dopiero po upływie kilku miesięcy.

   W Instytucie Transplantologii Kliniki Dzieciątka Jezus przy ul. Lindleya w Warszawie codziennie odwiedzał pacjentów kapłan ks. Tadeusz Błaszczyk - orionista. Zwrócił moją uwagę piękną modlitwą przed udzieleniem sakramentu komunii.

   Któregoś dnia odważyłam się poprosić księdza o chwilę rozmowy. Umówiliśmy się w godzinach wieczornych po skończonych przez księdza zajęciach duszpasterskich.

   Problemem, który mnie nurtował, było zagadnienie przeszczepów w świetle religii katolickiej. W 2000r. temat ten był wielokrotnie poruszany w prasie, radiu i telewizji. Opinie wypowiadających się autorytetów były tak skrajnie zróżnicowane, że miały prawo niepokoić. Szczególnie zabolało mnie traktowanie przeszczepów jako swoistego kanibalizmu. Ja, która dziękowałam Bogu, że dzięki dawcy uratowano mi życie i że w 53 roku życia urodziłam się na nowo, nagle poczułam się napiętnowana, poczułam się wręcz zbrodniarką. I chociaż cała sobą buntowałam się przeciwko takiemu postawieniu sprawy, to gdzieś tam w głębi czaiło się poczucie niedopowiedzenia. Odczułam potrzebę potwierdzenia dla swoich odczuć, swoich przemyśleń, ewentualnie ich weryfikacji.

    Na zadane przeze mnie pytania ks. Tadeusz odpowiedział bardzo wyczerpująco i rzeczowo. Kościół nie sprzeciwia się przeszczepom. Jest to pewien wyraz miłości bliźniego - ratowania życia, np.: matka oddająca nerkę czy część wątroby swojemu dziecku. Natomiast obawy, niepokój i sprzeciw powinny budzić nieprawidłowości typu nadużyć, kiedy doprowadza się świadomie do śmierci po to, aby mieć organy do przeszczepu i handlu nimi. Dlatego Kościół stanowczo sprzeciwia się eutanazji i klonowaniu. Wg księdza Tadeusza podstawą jest hierarchia wartości. Każde życie ma swój kres, człowiek nie ma prawa sterować tym procesem lub go przerywać. Nawet wówczas jeżeli mamy do czynienia z nieuleczalną, ciężką chorobą i cierpieniem z nią związanym.

   Najczęściej temat cierpienia, śmierci jest odsuwany, spychany przez naszą świadomość na boczny tor. Ludzie boją się tego tematu dotykać, drążyć. Wystarczy jednak kiedy człowiek zrozumie sens cierpienia - inaczej je znosi. Doświadczenia cierpienia i zrozumienie jego istoty ma podwójny aspekt.

Po pierwsze - doświadczanie cierpienia możemy traktować jako swoiste oczyszczanie, polegające na przewartościowaniu własnych postaw, poglądów i znalezieniu odpowiedzi na pytanie: co tak naprawdę jest sensem mojego życia.

Po drugie - poprzez doświadczanie cierpienia pomaga się drugiemu człowiekowi spojrzeć na swoje życie, odkryć jego sens i cel.

    Różne autorytety wygłaszają różne teorie. Należy ich wysłuchać. Człowiek jednak nie może dopuścić do tego, aby stać się marionetką pociąganą za sznureczki. Winien dołożyć wszelkich starań, aby rozeznać sytuację i umieć samodzielnie oceniać co dobre a co złe.

   W dalszej rozmowie okazało się, że ks. Tadeusz pracuje również z młodzieżą niepełnosprawną oraz w hospicjum w Wołominie. Opowiadał o przeżyciach ludzi tam przebywających i tych, którzy się nimi opiekują.

   Jestem pełna podziwu i uznania dla wiedzy i umiejętności jej przekazania, a także pełna szacunku dla działalności tego godnego naśladowania duszpasterza z prawdziwego zdarzenia. Poczułam się bardzo dobrze.

Dzisiaj w cztery lata póżniej zarówno papież jak i niektórzy herarchowie kościoła życzliwie odnoszą się do przeszczepów. Wzrasta świadomość społeczna na ten temat.

Projektowanie stron SSI