2. WSTĘP

Wersja do wydruku   

   Małe miasteczko Przasnysz. Malowniczo położone na Mazowszu. Tu się urodziłam i wychowywałam do siedemnastego roku życia.

   W XII w. Książę Konrad Mazowiecki wydał przywilej na założenie miasta i zbudował dwór książęcy na wzniesieniu nad doliną rzeki Węgierki. Miasto powstało na granicy terenów puszczańskich i rolniczych. Słynęło z handlu wymiennego. Produkty uzyskiwane z puszczy: skóry, miód, runo leśne, wymieniano na produkty rolne.

   Zgodnie z legendami nazwa miasta może wywodzić się: Od nazwy przaśnego miodu tzn. niesyconego, którym tu handlowano. Od imienia założyciela - Przasnyka. Od wypalania, wyprażania lasu pod osadę.

W mieście i okolicy znajduje się wiele pamiątek sakralnych słynących, jak podają legendy, z cudów.


   Niedaleko Przasnysza leży wieś Rostkowo. Od 1476r.znajdowała się ona w posiadaniu Jana Kostki, kasztelana zakroczymskiego. W majątku tym w 1550 r. urodził się Stanisław Kostka, który ochrzczony został w Kościele Farnym w Przasnyszu. W wieku czternastu lat razem z bratem został wysłany do szkół jezuickich w Wiedniu. Stanisław połączył naukę z życiem religijnym.

   W grudniu 1565 r. ciężko zachorował. Nagłe uzdrowienie przypisał Matce Bożej, której opiece zawierzył swoje życie. Stanisław pragnął wstąpić do zgromadzenia jezuitów, ale nie mógł liczyć na pozwolenie rodziców, którzy planowali dla niego karierę wojskową.

   W sierpniu 1567 r. pieszo, w przebraniu uciekł do Rzymu, gdzie 28 października 1567 r. został przyjęty do nowicjatu. Swoim wzorowym życiem, duchową dojrzałością i rozmodleniem był przykładem dla otoczenia. Mając osiemnaście lat złożył śluby zakonne. Niedługo po tym w sierpniu 1568 r. zmarł przepowiadając swoją śmierć.

   Kult zrodził się natychmiast i spontanicznie. Beatyfikowany w 1670 r. kanonizowany został w 1726 r. Od 1671 r. jest patronem Polski i Litwy, studentów oraz nowicjuszy jezuickich, a także polskiej młodzieży. Do dnia dzisiejszego znajduje się w Rostkowie Sanktuarium Św. Stanisława Kostki z pamiątkami związanymi z jego postacią: głaz z odciśniętym śladem stopy oraz lipa. Również niedaleko Przasnysza znajduje się wieś Święte Miejsce. Około 1700r. w koronie lipy trzem dziewczynom objawiła się tu Matka Boska. W miejscu objawienia znajdowała się studnia, której woda posiadała moc cudowną i używano jej do celów leczniczych. Zbudowano tam kapliczkę a następnie kościół. Po kilkudziesięciu latach woda utraciła swą cudowną moc, kiedy jedna z kobiet utopiła w niej swoje dziecko. We wsi Bogate, gdzie zamieszkiwali moi dziadkowie, znajduje się Kościół pod wezwaniem Św. Anny a w nim słynący z cudów obraz tej Świętej. Wieść niesie, iż pewna niewiasta żnąca sierpem zboże w święto została pokarana przez Pana Boga w ten sposób, że sierp przyrósł do jej dłoni, powodując wielki ból. Dopiero za przyczyną Św. Anny została uwolniona od cierpienia. Zdarzyło się kilka przypadków uzdrowień ludzi, ofiarowujących swoje cierpienia tej Świętej, za co przed Jej obrazem wznosili modły dziękczynne.

   Rodzice moi i dziadkowie wielką wagę przywiązywali do rozwoju intelektualnego, cenili naukę i jej osiągnięcia. Często za przykład stawiana była Maria Skłodowska-Curie. Niedaleko Przasnysza w Krasnem był pałac Książąt Czartoryskich. Administratorem jednego z ich majątków był p. Żurawski. W bogatym domu państwa Żurawskich w Szczukach (14 km od Przasnysza) przyjęła Maria Skłodowska dobrze płatną pracę nauczycielki. Pracowała w majątku od stycznia 1886 r. do czerwca 1889 r., była bardzo lubiana i ceniona. Potem wyjechała na studia do Paryża.

   W rodzinie mojej wiele uwagi poświęcano poezji i literaturze. Pięknie wydane tomy przyciągały mój wzrok i zachęcały do czytania. Dom rodzinny z tradycjami przekazywanymi z pokolenia na pokolenie wywarł olbrzymi wpływ na kształtowanie mojej osobowości. Z jednej strony religia, rozwój duchowy, mistycyzm, z drugiej nauka, jej osiągnięcia i znaczenie. Okazało się, że te dwa światy świetnie mogą ze sobą współistnieć, nie przecząc jeden drugiemu. Szybko zrozumiałam, że nie wszystko można tłumaczyć w oparciu o naukę, jest to możliwe tylko do pewnego poziomu. Nierozważne byłoby jednak odrzucanie wszystkiego z czym się stykamy, a czego wyjaśnić nie jesteśmy w stanie. Miałam duszę wędrownika, ciekawiły mnie zawsze żywioły: woda, ogień, powietrze i ziemia. Uwielbiałam obserwować przyrodę i zmiany w niej zachodzące. Ta zmienność zawsze mnie fascynowała i inspirowała moje działania. Szczególnie ogień i woda.

Ogień - odpowiedzialny za siły twórcze, wolę i siłę działania. Rządzi światem duchowym.

Woda - określa sferę duchową człowieka. Odpowiada za okazywanie negatywnych i pozytywnych uczuć, wewnętrzny spokój i zdolność intuicyjnego postrzegania.

Powietrze - decyduje o rozumie, myśleniu, zdolnościach do interesów. Od niego zależy na ile nasza osobowość, cechy charakteru są zmienne oraz jak burzliwe będą koleje naszego życia.

Ziemia - kieruje sprawami materialnymi, decyduje o celowości działania, stabilności egzystencji, budowie uporządkowanego życia.

   Zarówno ja, jak i moje młodsze siostrzyczki Tereska i Zosia miałyśmy wspaniałe warunki do rozwoju w domu naszych dziadków. Domu pełnym ciepła, miłości i niezapomnianych zapachów: chleba własnego wypieku, różnych smakołyków, świeżo wyszorowanych podłóg, zapachu łąk, sadu i zapachu kwiatów wpadających przez otwarte latem okna. Śpiew ptaków w sadzie, brzęczenie pszczół, i trzmieli w warzywniaku i w ogrodzie kwiatowym. Melodie wystukiwane przez krople deszczu uderzające o szyby i bębniące o blachę dachu. Latem o przedwieczornej porze cała rodzina zasiadała przed domem mając widok na rzekę i ciągnące się za nią łąki. Cisza i spokój, pełen jednak odgłosów toczącego się wokół życia, nastrajał do wspomnień. Opowieściom o przeszłości nie było końca. Dopiero unoszące się nad łąkami opary mgły, wilgoć i chłód skłaniały do powrotu do domu. Bardzo lubiłyśmy ten przedwieczorno-wieczorny czas. Zimą ciepło rozchodzące się od pieca, pieczone jabłka i wspaniałe niepowtarzalne rysunki malowane mrozem na szybach. Długie wieczory, kiedy wpatrywaniu się w ogień paleniska towarzyszyły opowiadania o przeszłości. Historie radosne, śmieszne, czasami smutne czy wręcz tragiczne, dotyczące członków rodziny. W ten sposób zapoznawano nas z historią i tradycją rodu. Uczono patriotyzmu, miłości, tolerancji i rozróżniania co dobre a co złe.

   Wszystkie zapamiętane doznania składały się na obraz szczęśliwego dzieciństwa. Taki model wychowania spowodował, że w swojej rodzinie starałam się zaszczepić podobne zwyczaje. Cudownie się złożyło, że mieszkamy z mężem od momentu ślubu w niewielkim domku z dość dużym ogrodem. I tu warunki od maja do września sprzyjały wieczornym pogaduszkom przed domem, zimą przy stole po wieczornym posiłku. Zawsze bardzo ceniliśmy tę formę spędzania wolnego czasu. Dawała ona możliwość przeanalizowania wszystkich działań i emocji im towarzyszących w ciągu minionego dnia. Umożliwiało to rozliczenie się z tym, co przeżyliśmy, powodując odstresowanie i zdystansowanie się do zdobytych doświadczeń. Wyciszeni i pełni wewnętrznej harmonii kończyliśmy dzień. Umiejętność takiego kończenia dnia wypracowałam dzięki zainteresowaniu różnymi nurtami filozoficznymi . Zastosowanie ich w praktyce bardzo mi ułatwiło życie.

   Od zawsze nurtował mnie problem istnienia Boga, sensu życia i nieśmiertelności. Szczególnie od momentu kiedy okazało się, że zdradziecka choroba zaatakowała mój organizm.

Projektowanie stron SSI