4. Rozdział II

Wersja do wydruku   

   To był zwyczajny szary dzień. 13 stycznia 2000 r. Przez okno widać było, jak wiatr porusza nagimi gałęziami drzew. Nawet leżące jeszcze wczoraj gdzieniegdzie w ogrodzie brudne plamy śniegu zdążyły się roztopić. Temperatura oscylowała w okolicy 0°C lub niewiele powyżej. Aura zupełnie nie zimowa.

   Stanęłam przed lustrem i w minorowym nastroju przyjrzałam się odbiciu swojej sylwetki. Symptomy postępującej choroby były coraz bardziej widoczne. Twarz obrzmiała, charakterystyczne wory pod oczami, powiększony brzuch i to nieustanne uczucie pełności jak gdyby utrudniające oddech. Wizyta u lekarza nie wniesie nic nowego. Trzeba uzbroić się w cierpliwość i czekać na nową wątrobę. Tylko jak długo?.


   Wskazówki zegara nieubłaganie wędrują po tarczy kreśląc swoją nieustającą drogę. Nie ma czasu na dalsze rozpamiętywanie. Rozpoczyna się codzienna krzątanina. I tak po śniadaniu, praca w gabinecie. Potem spacer i przy okazji codzienne zakupy. Obiad. Krótki odpoczynek. Znowu praca w gabinecie. I ani obejrzałam się nadszedł późny wieczór. Jestem zmęczona, lecz równocześnie szczęśliwa. Zbawieniem dla mnie jest prowadzenie tak aktywnego trybu życia. Niewiele czasu pozostaje na rozmyślania i roztkliwianie się nad sobą. Przygotowałam herbatę w ulubionej chińskiej filiżance i oddałam się relaksującej lekturze.

   Dzwonek telefonu przeraźliwym dźwiękiem rozdarł ciszę. Jest godz. 23.30. O tej porze mogą dzwonić tylko z Kliniki Chorób Wątroby. Z bijącym sercem chwytam słuchawkę.

  • Dobry wieczór. Dzwonię z Kliniki Chorób Wątroby, czy Pani Maria Sułkowska?. Tak. Słucham.
  • Chyba będziemy mieli dla Pani wątrobę. Proszę w czasie najbliższych dwóch godz. być pod tym numerem telefonu. Zawiadomimy Panią. A jak Pani się czuje ?. Nic nie dolega? Nie jest Pani zaziębiona?
  • Nie. Czuję się bardzo dobrze. Jestem zdrowa, jak rybka.
  • Mówi Pani, zdrowa jak rybka? Hm.., hm.., no to dobrze. Dziękuję, czekam na wiadomość.

Zdrowa jak rybka, z chorą wątrobą - dopiero teraz dostrzegłam komizm sytuacji i stosowne do tego hm.. hm...

   Przygotowanie się do wyjazdu do kliniki zajęło kilka minut. Od pół roku wszystko czekało spakowane. Dołożyłam tylko kosmetyki i dokumenty. Marek, mój mąż, już spał. Nie będę go budziła. Może to znowu fałszywy alarm. Mam na razie półtorej godz. oczekiwania. Zrobiłam następną filiżankę herbaty, zapaliłam świeczki w kolorowych lampionach. Usiadłam wygodnie. Tak miło, cicho, spokojnie. Herbata wyjątkowo smakuje, nawet gdyby była operacja, to jeszcze pić mogę. Pogrążam się we wspomnieniach. Obrazy z całego życia przesuwają się jak film w zwolnionym tempie.

   Dzieciństwo szczęśliwie spędzane w domu rodzinnym, pełen miłości, ciepła i wspaniałych zapachów dom dziadków. Przedszkole i pierwsze sympatie i przyjaźnie, które przetrwały po dzień dzisiejszy. Lata szkolne - wzloty i upadki z nimi związane teraz nabierają innego wymiaru. Potem studia. Sympatie i miłości, z których każda jest pierwsza, najpiękniejsza, niepowtarzalna. Potem spotkanie tego jedynego. Praca w wymarzonym zawodzie nauczycielki. Małżeństwo, uczenie się siebie nawzajem, życie rodzinne. Córki ich radości i smuteczki będące naszym, rodziców udziałem. Ich dorastanie i problemy z tym związane. Potem ich sympatie i miłości, małżeństwa, przyjście na świat wnuków i radości z tych zdarzeń płynące. To wszystko wydaje się jakby trwało jedną krótką chwilkę. A przecież od rozpoznania choroby upłynęło 14 lat.

14 styczeń 2000 r. godz. 0.30 dzwonek telefonu podrywa mnie na nogi. Męski głos informuje:

  • Dzwonię z Kliniki Chirurgii Ogólnej i Chorób Wątroby. Czy Pani Maria Sułkowska?.
  • Tak, słucham.
  • Mamy dla pani wątrobę. Za kilka minut koledzy lecą helikopterem do Bolesławca. Prosimy aby przyjechała pani do Kliniki na godz. 5.00 rano. Dziękuję.
  • Na pewno będę. Bardzo się cieszę. Może tym razem się uda, będzie to już piąte podejście.
  • No tak... bądźmy dobrej myśli. Ale jak pani wie zagwarantować niczego nie mogę. Wiem panie doktorze.
  • Dziękuję. Będę punktualnie o 5.00 rano.

Ufff. No to znowu na dwoje babka wróżyła. 50% szansy dla mnie. Wszystko będzie wiadomo jak przyjadą z wątrobą, a więc około 10-11.00 rano. Muszę uzbroić się w cierpliwość. Nie ma sensu kłaść się spać. O 4.30 wezwę taksówkę i pojadę do kliniki. Nie będę budziła Marka, on tak źle znosi odwożenie mnie do szpitala, i oczekiwanie na decyzję - chyba, że sam się obudzi. Ja wyśpię się podczas operacji, minimum 8-10 godz. Jestem spokojna, głęboko wierzę i jestem przekonana, że przeszczep odbędzie się w najbardziej korzystnej dla mnie chwili. Operacja powiedzie się, rekonwalescencja będzie krótka i bez komplikacji. Szybko i w pełni sprawna psychofizycznie wrócę do domu.

   To przekonanie i pozytywne nastawienie do gnębiącej mnie choroby i jej przebiegu zawdzięczam Hunie. To dzięki jej mądrości, udało mi się przetrwać 14 lat choroby w bardzo dobrej formie, prowadząc aktywne zawodowo życie (poza pracą w szkole gdzie uczyłam fizyki, prowadzenie zajęć masażu Ma-uri lub Huny ze studentami, częste wyjazdy do różnych ośrodków w Polsce i za granicą) i doczekać momentu, kiedy przeszczepy wykonują nasi polscy chirurdzy w naszej klinice i mają bardzo dobre efekty. Co za ulga!

   Parzę następną owocową herbatę w ulubionej chińskiej filiżance. Zapadam się w fotelu i wracam do wspomnień. Przecież te 14 lat zmagania się z chorobą wymagały ode mnie dużego nakładu pracy nad samą sobą. Pierwszym krokiem było przezwyciężenie strachu. Strach jest hamulcem naszych działań, negatywnym nastawieniem, które niszczy naszą subtelną percepcję, nasz intelekt. To co jest nam znane i zrozumiałe, nie budzi naszego niepokoju, nie przeraża nas. Chcąc pozbyć się strachu musiałam poznać i zrozumieć to, czego się bałam. Poznać i zrozumieć istotę mojej choroby i tak też zrobiłam

Prof. Habior udzielił mi wszelkich możliwych informacji. Przetransformowanie negatywnego sposobu myślenia, w pozytywne nastawienie do choroby, która mnie dotknęła, poznanie jej i jej wpływu na mój organizm powiodło się. . Schorzenie zaczęłam postrzegać jako swoistego rodzaju błogosławieństwo, lekcję daną mi przez życie po to, abym na chwilę się zatrzymała i zastanowiła nad sobą. Jaki jest cel mego życia, jaki sens powinnam mu nadać, jak godnie je przeżyć?

   I naraz pojawiła się przede mną nowa hierarchia ważności. Życie jest takie krótkie, takie kruche. Czy warto robić problemy z drobiazgów, czy warto wzajemnie je sobie utrudniać.

Prawdą jest, że cierpienie uszlachetnia. Stałam się bardziej tolerancyjna i wyrozumiała dla słabostek innych. Nauczyłam się cieszyć każdą chwilą życia, każdym drobiazgiem, pięknem otaczającej mnie rzeczywistości, cenić to, czego mogłam doświadczać. W każdej sytuacji można doszukać się pozytywnych aspektów, wszystko zależy tylko od punktu widzenia. Stałam się uśmiechniętą, pełną radości życia kobietą.

Postanowiłam tak kontrolować umysł, aby wspomagać siły zdrowotne organizmu, by spróbować zwalczyć chorobę. Niestety, moje usilne działania, aczkolwiek odmieniły moje życie, zahamowały rozwój choroby, ale jej nie zlikwidowały. Objawy chorobowe bardzo powoli, ale jednak pogłębiały się. Po 12 latach okazało się, że pojawiło się krążenie oboczne w postaci żylaków przełyku. Z czasem stawały się one większe, powiększyła się również śledziona. Potem pojawiły się zmiany żylakowate żołądka.

   Początek stycznia 1999 r., jadę do Wilna - prowadzę zajęcia z grupą studentów. Po południu moje samopoczucie zaczyna się wyraźnie pogarszać, czuję się coraz słabsza, dominuje uczucie osłabienia, jakby opuszczały mnie siły. O godz. 18.00 orientuję się, że mam krwawienie z przewodu pokarmowego. Robię sobie zabieg powstrzymujący krwawienie.

   W wykładach, które prowadzę, uczestniczy kilku lekarzy. Informuję jednego z nich o sytuacji i proszę o zamówienie wizyty u specjalisty na godz. dwudziestą (zajęcia trwają do dziewiętnastej). Około dwudziestej zgłaszam się na badania do Szpitala Czerwonego Krzyża w Wilnie. Tam natychmiast robią mi badania krwi, endoskopię. Ujawniają się liczne żylaki przełyku z tendencją do podkrwawiania. Kładą mnie na Oddział, podają krew i kroplówki. Nie chcą wypuścić mnie do domu. Zajęcia odwołujemy, przekładamy na inny termin. W klinice jestem 3 dni. Codziennie odwiedzają mnie studenci. Po transfuzji krwi szybko odzyskuję siły. Mogę zostać wypisana ze szpitala jednak pod warunkiem , że do Polski odjadę wygodnym transportem. Mąż przyjeżdża po mnie samochodem. Szybko powracam do sił i do aktywnego życia. Żartowałam, że musiałam dostać krew od młodego, silnego Litwina, gdyż nigdy w życiu tak dobrze się nie czułam i nie przypominam sobie, abym była kiedykolwiek w tak dobrej kondycji jak wówczas.

   W marcu prowadzę seminarium Huny w Kołobrzegu. W drodze powrotnej zatrzymuję się u córki w Słupsku. Mam tu zostać 3 dni i nacieszyć się wnukami. Następnego dnia wieczorem zaczynam się źle czuć. Kładę się i ucinam sobie drzemkę. Budzę się po 1,5 godz. Staram się leżeć bez ruchu. Mam ponownie krwawienie z przewodu pokarmowego. Robię sobie zabieg energetyczny. Nie chcę denerwować Magdy - młodszej córki. Może do rana przejdzie. Ale niestety, rano czuję się bardzo słaba. Zbyt duży był upływ krwi. Jadę do szpitala. Lekarz z ostrego dyżuru nakrzyczał na mnie, pragnąc mi jednocześnie uświadomić, na jakie niebezpieczeństwo się narażam nie zgłaszając się od razu po pomoc. I znowu transfuzje, kroplówki. Pobyt w szpitalu przez 4 dni, dla opanowania sytuacji.

Powrót do Warszawy. Zaczynam się coraz bardziej niepokoić. Trzy tygodnie później krwawienie dopada mnie wieczorem w domu . Nie czekam, robię sobie zabieg i od razu jadę do Kliniki Gastroenterologii CMKP Centrum Onkologii w Warszawie. Przyjmują mnie na oddział, znowu badania, transfuzje, po tygodniu skierowanie do Kliniki Chirurgii Ogólnej i Chorób Wątroby przy ulicy Banacha na zastrzyknięcie żylaków przełyku i jednocześnie przeprowadzenie badań kwalifikujących do przeszczepu wątroby. Łącznie z badaniami psychiatrycznymi mającymi stwierdzić czy psychicznie jestem gotowa do przeszczepu. Leżę w klinice miesiąc. Badania wykazują, że można u mnie wykonać przeszczep.

   W Klinice Chirurgii Ogólnej i Chorób Wątroby odbywają się okresowe spotkania zespołu transplantacji wątroby ( chirurdzy, anestezjolodzy, immunolodzy i zaproszeni konsultanci). Na spotkaniach tych przedstawiani są potencjalni kandydaci do operacji przeszczepienia wątroby. Każdy pacjent omawiany jest indywidualnie, aby ocenić prawidłowość wskazań oraz szansę chorego na pomyślny efekt operacji. Obok problemów czysto chirurgicznych, ważne dla anestezjologów są między innymi takie informacje jak: wydolność układu krążenia, wydolność układu oddechowego, tolerancja wysiłku, choroby współistniejące i wiele innych. Czynniki te w zasadniczy sposób warunkują szansę przeżycia tak olbrzymiego zabiegu jakim jest przeszczep wątroby. Po wstępnej kwalifikacji pacjent przechodzi szereg badań i konsultacji u specjalistów, aby ostatecznie trafić na listę oczekujących na przeszczep.

   26.06.1999 r. komisja lekarska kwalifikuje mnie do przeszczepu.

Jestem świadoma, że to dla mnie jedyna szansa. Na tyle, na ile dane mi było sobie pomóc - pomogłam. Przez 14 lat choroba była jakby w uśpieniu. Przez ten czas medycyna na tyle się rozwinęła, że przeszczepy wykonuje się już w kraju. Są lepsze możliwości i lepsze techniki leczenia. Dzięki temu wzrasta szansa ratowania ludzkiego życia.

   W moim przypadku należy teraz uzbroić się w cierpliwość i czekać na odpowiedniego dawcę. Na początku czekałam z niepokojem i niecierpliwością. W klinice powiedziano mi, że powinnam być dostępna zawsze pod telefonem, aby był ze mną bezpośredni kontakt, gdyż od chwili zawiadomienia w ciągu 2 - 6 godz. powinnam znaleźć się w klinice. Pierwszą czynnością w związku z tym był zakup telefonu komórkowego, a następnie takie zaplanowanie wakacji, aby nie oddalać się zbytnio od Warszawy.

   Pierwsze zaproszenie do kliniki otrzymałam 17.08.1999 r. o godz.14.00. Do kliniki miałam się zgłosić o godz.16.00. Pakowałam się w wielkiej panice. Przyjechałam do kliniki pełna niepokoju. Nie mogłam się skoncentrować na niczym. Modliłam się w intencji, aby przeszczep wątroby odbył się w terminie dla mnie najlepszym, najwłaściwszym. Abym operację zniosła bardzo dobrze, bez komplikacji i bym szybko wróciła do pełnej sprawności psychofizycznej. Modliłam się w intencji dawcy, aby Bóg przyjął go do królestwa swego. Chwilami chciałam, by operacja odbyła się już. Po chwili, żeby jeszcze nie było to dzisiaj. Do godz. 23.00 nic nie było wiadomo. Zmęczona i znużona zaczęłam przysypiać, jednocześnie reagując na wszystkie docierające do mnie dźwięki, zwłaszcza na kroki zatrzymujące się w korytarzu przed drzwiami sali, w której leżałam. Otwieranie drzwi powodowało, że siadałam na łóżku czekając na informacje o decyzji.

18.08.1999 r. o godz. 1.30 doc. Paweł Nyckowski podszedł do łóżka, pogłaskał mnie po ręku i powiedział:

  • Proszę spokojnie odpoczywać do rana. Wątroba nie nadaje się dla pani, jest za duża. Przeszczepu dzisiaj nie będzie.
  • Dziękuję Panie doktorze. Ucieszyłam się z takiego obrotu wydarzeń.

Podziękowałam Panu Bogu za miłość, łaskę i opiekę, którą otacza mnie i moją rodzinę i spokojnie zasnęłam. Rano wróciłam do domu. Byłam zadowolona, nie czułam się jeszcze na siłach zmagać z myślą o czekającej mnie operacji.

   Drugie zaproszenie do kliniki przypadło na 01.09.1999 r. na godz. 0.40. Byłam spakowana, wiedziałam, co mnie czeka, że operacja niekoniecznie musi się odbyć już. Wszystko, co będzie się działo, zależy od wielu różnych czynników. Jechałam spokojna, rozluźniona, jakby przeczuwając, że tym razem będzie to również tylko przymiarka do przeszczepu. O godz. 7.00 dowiedziałam się, że rzeczywiście wątroba nie nadaje się do przeszczepu, jest stłuszczona. Odetchnęłam z ulgą i z radością wróciłam do domu.

   Trzecie zaproszenie zastało mnie w czasie zajęć 22.10.1999 r. W słuchawce usłyszałam głos dr Anny Skwarek informujący, że prawdopodobnie będę miała zabieg. Decyzja zapadnie w ciągu najbliższych 2 godzin. Mam cierpliwie czekać na następną wiadomość. Zajęcia skończyły się o godz. 20.30, a o 22.00 dowiedziałam się, że o 6.00 rano mam się zgłosić do Kliniki.

Tym razem byłam zdecydowana, chciałam, aby operacja się odbyła. I znowu jak zwykle szukałam ukojenia w modlitwach. Poczułam się spokojna i rozluźniona. Nawet 4 godziny spałam. Kiedy o 6.00 rano zjawiłam się w Klinice, okazało się, że znowu wątroba nie nadaje się do przeszczepu, gdyż niestety są w niej zmiany marskie. Do domu wróciłam bardzo rozczarowana i zawiedziona. Zmiany chorobowe zaczynały dawać mi się we znaki. Psychicznie dojrzałam już do operacji i coraz gorzej zaczynałam znosić czas oczekiwania.

   Kryzys przeżyłam 1 listopada 1999r., kiedy około 2.30 otrzymałam zaproszenie do kliniki na godzinę 6.30. Na ten dzień o 9.30 planowaliśmy z mężem, córką i wnukiem wyjazd poza Warszawę, odwiedzić rodzinne groby. Do rana już nie spałam. Musiałam pozałatwiać bieżące sprawy na wypadek, gdyby operacja doszła do skutku. O 6.30 zjawiłam się w klinice, a o 11.00 dowiedziałam się, że i tym razem wątroba nie nadaje się do przeszczepu. Wróciłam więc do pustego domu /rodzina wyjechała/. Byłam bardzo przygnębiona. Znużenie dało znać o sobie. Położyłam się i zasnęłam. Obudziłam się około 15.00. Nastąpiło odreagowanie napięcia - zrobiło mi się tak smutno, poczułam się tak nieszczęśliwa i bezradna, że nie pozostało mi nic innego, jak tylko z żalu szczerze sobie popłakać. Zdałam sobie sprawę, że nawet nie jestem w stanie pomodlić się. Bo ileż można się modlić o to samo ? Przecież nie można się modlić bez przerwy. Wszystko musi mieć swój czas, swoje miejsce. Jak radzić sobie, i co dalej ?

I naraz olśnienie: W cokolwiek wierzysz, że jesteś - tym jesteś. W cokolwiek wierzysz, że możesz osiągnąć - osiągniesz.

Biblia mówi: „Dopóki nie będziecie jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa Niebieskiego” czyli: jeśli masz wiarę dziecka, nie skażoną niedowierzaniem dorosłych, możesz osiągnąć cokolwiek zechcesz i kiedykolwiek zechcesz. Wszelkich zmian dokonuje sam człowiek, tylko on posiada siłę i moc, aby odmienić swoje życie. Można wprowadzić się w ten szczególny stan harmonii, w którym uzyskuje się dostęp do wewnętrznych sił samouzdrawiających. Proces wychowawczy oparty na logicznym, technicznym myśleniu neguje tak subiektywne zdolności jak intuicja. Efektem tego jest głęboka nieufność w wewnętrzne postrzeganie, brak pewności w odniesieniu do Boga, wiedzy, zdrowia, sukcesu.

   Jeżeli wierzę i ufam, że wszystko będzie dobrze to czemu wątpię ? Dlaczego za wszelką cenę staram się kierować rozumem, rozsądkiem czy własnymi chęciami? Zdecyduj się Baśka: albo naprawdę ufasz i pozwól, aby wszystko działo się zgodnie z „wyższym planem”, albo daj sobie spokój z mówieniem o ufności. Przecież wierzę i ufam. W tej chwili poczułam spływający na mnie spokój i poczucie bezpieczeństwa. Zwątpienia i niepokoje gdzieś odpłynęły. Poczułam się wolna, na nowo pełna nadziei i energii życiowej oraz chęci działania. Znowu byłam w pełnej formie, zadowolona i uśmiechnięta. Od tego momentu wiele zmieniło się w moim sposobie myślenia i postrzegania tego, czego doświadczałam. Oczekiwanie nie było już takie nerwowe, pełne niepokojów i napięć.

Nowy rok 2000 przywitaliśmy w gronie rodzinnym. O 12.00 w południe medytowałam w intencji pokoju na świecie, a o 13.00 rozpoczęłam programowanie roku 2000. Praktykuję tę technikę Huny od kilku lat. Programuję od razu cały rok. Bardzo starannie przygotowuję się do tego. W ostatnim tygodniu grudnia zawsze robię sobie podsumowanie, ile się z moich marzeń i życzeń zrealizowało w kończącym się roku. W 1999 roku główny nacisk kładłam na doskonalenie duchowe. Efektów materialnie wymiernych było stosunkowo niewiele. Rok 2000 zaprogramowałam bardziej w wymiarze materialnym niż duchowym. Pierwszym z życzeń było: mam nową zdrową wątrobę, która funkcjonuje harmonijnie z całym moim organizmem. Mój układ pokarmowy funkcjonuje znakomicie. Jestem zdrowa na wszystkich poziomach mojego istnienia. Nie czekałam długo, aby zaczęło realizować się najważniejsze zaprogramowane życzenie, bo już 14.01.2000 r. doczekałam się przeszczepu wątroby.

   Jest 4.30. Nadszedł czas wyjazdu do kliniki. Dzwonię do radiotaxi. Ubieram się i już po 10 minutach wychodzę cicho z domu, żeby nie obudzić męża. Na stole w kuchni zostawiam list oraz karteczkę, co z bieżących spraw należy niezwłocznie załatwić. Rano zadzwonię do niego, gdy już będę coś konkretnego wiedziała.

   Ranek był bardzo zimny, około -8 °C. Taksówkarz przyglądał mi się bardzo uważnie. Wiem, że ubrałam się niezbyt stosownie do temperatury. Przewiewny polarek, ulubiony biały dres, na nogach białe trampki. Zależało mi na tym, aby bagaż był jak najmniejszy. W ciągu 10 minut jazdy ogrzewaną taksówką nie zdążę przecież zmarznąć. Po kilku minutach zaczynamy rozmawiać. Taksówkarz pyta, czy śpieszę się na dyżur. Odpowiadam, że jestem pacjentką, nie lekarzem i jadę na przeszczep wątroby. Widać po minie, że mężczyzna bardzo przejął się tą wiadomością. Podjechaliśmy pod izbę przyjęć. Pan przeprasza, że nie wie, jak ma się zachować i co powiedzieć. Doradziłam mu z uśmiechem, że najlepiej życzyć mi zdrowia i żeby wszystko odbyło się szczęśliwie. Taksówkarz przekazał mi życzenia, a ja również życzyłam mu miłego, udanego dnia. Wchodzę do budynku kliniki. Jest 4.55.

   Zanim zostałam zarejestrowana, upłynęło 10 minut. O 5.10 pojechałam windą na VI piętro w bloku B. Siostra zakwaterowała mnie w pięcioosobowej sali. Moje łóżko stoi za drzwiami, tak, że czuję się jak w swoistym maleńkim azylu. Na oddziale rozpoczyna się ruch. Najpierw jak zwykle pobrano mi krew do badania, mocz, zmierzono ciśnienie i temperaturę. O spaniu nie ma już mowy. Pacjentki zaczynają się myć, salowe sprzątają pokoje i korytarze.

Z prowadzonych rozmów orientuję się, że są w sali dwie panie po operacji. Jedna guza wątroby, druga woreczka żółciowego. Obie wyjdą dziś do domu. Zostaje pacjentka po operacji, ale w bardzo dobrym stanie - już na etapie rekonwalescencji i 52-letnia chora leżąca na łóżku pod oknem, która widać to, że umiera na złośliwy nowotwór wątroby. Podają jej morfinę, jest w stanie śpiączki. O 7.00 przyszły siostry chorej, aby zapewnić jej opiekę. Jedna z sióstr jest lekarzem anestezjologiem. Obie zdają sobie sprawę ze stanu zdrowia chorej. Przychodzi pielęgniarka, żeby pobrać krew i podać dożylnie narkotyk. Chora jest tak obolała, że przy każdym dotknięciu reaguje jękami przechodzącymi w nieludzkie wycie. Pielęgniarki nie mogą się wkłuć w żyłę. Siostra lekarka próbuje im pomóc. Próby kończą się niepowodzeniem. Chora wśród jęków błaga, by zostawić ją w spokoju, żeby nie dotykać.

Patrzę na to wszystko i myślę, dlaczego nie spełnią jej życzenia ? Dlaczego nie uszanują jej woli?. Przecież wyniki badań nic nowego nie wniosą. Dlaczego te ostatnie chwile muszą być dla chorej jedną nieustającą męką i cierpieniem? Czy tak powinno być, w imię niesienia za wszelką cenę pomocy tam, gdzie już pomóc w żaden sposób się nie da? Przysparza się tylko bólu. Ja wolałabym zdecydowanie, aby pozostawiono mnie w spokoju.

Usiłuję czytać, drzemać, modlić się, ale każda czynność mnie nuży. Mam wewnętrzne przekonanie, że tym razem mój przyjazd nie był nadaremny. Czuję, wiem, że będę operowana. Czy boję się?. Tak, ale i strach i napięcie przeżywane tyle razy, mogą zmęczyć i spowodować, że emocje są przytłumione. Dowiaduję się, że lekarze z wątrobą dla mnie już przylecieli z Bolesławca.

   O 11.30 zapada decyzja, że o 12.00 będę operowana. Oddycham z ulgą. Cieszę się, że to już, chociaż gdzieś z tyłu czuję wypełzający strach, ale radość jest silniejsza. Mam czas, aby zawiadomić najbliższych. Dowiaduję się, że jest awaria w tlenowni. Przywieziono dla mnie dwie butle tlenu z Nowego Dworu. Dopiero teraz zaczynam zdawać sobie sprawę, ilu ludzi jest zaangażowanych, aby uratować mi życie. Jest to budujące a jednocześnie rozczulające. Wszyscy dookoła zaskoczeni są moją reakcją - spokojem, uśmiechem - nie wiedzą, że większym niepokojem i przerażeniem napełniało mnie oczekiwanie.

   Tylko ja czuję, jaki mimo wszystko olbrzymi stres przeżywam. Przychodzi anestezjolog zapoznaje się z moim stanem zdrowia. O 11.45 zostaję umieszczona na łóżku szpitalnym, posmarowana środkiem odkażającym, a następnie, na fotelu, zostaję przewieziona na blok operacyjny. Znajduję się w niebieskim boksie oznaczonym 1C. Cztery młode pielęgniarki w niebieskich fartuchach przygotowują aparaturę i mnie. Rozebrana, nakryta tylko prześcieradełkiem, układam się na wąskim, niezbyt wygodnym łóżku. Staram się ułożyć stosunkowo wygodnie, ale niewielka jest możliwość manewru.

   Przychodzi anestezjolog, wkłuwa mi się w tętnice promieniowe w obu nadgarstkach zakładając venflony. Nakrywają mnie „powietrzną kołderką”. Ogrzane powietrze pompowane do kołderki przyjemnym ciepłem rozchodzi się po ciele. Do prawej ręki podłączają mi kroplówkę, do której po chwili dodają jakiś specyfik. Pytam lekarza, czy to już środek nasenny. Odpowiada pytaniem - a czy chce się pani spać? Odpowiadam - nie - i rozglądam się po sali. Przyjemne ciepło otulającej mnie kołderki wprowadza w nastrój błogostanu. Próbuję przymknąć oczy, ale wydają mi się szeroko otwarte i mimo to, po chwili, zapadam w twardy sen.

   Z informacji uzyskanych od anestezjologa dr M. Sicińskiego wiem, że następnie wprowadzono cewniki do żyły głównej górnej w okolicy serca oraz tętnicy płucnej w sercu. Cewniki służą do monitorowania pracy układu krążenia, pobierania badań, podawania leków, przetaczania krwi i innych płynów. Prawidłowe położenie cewników kontroluje się zdjęciem rentgenowskim.  Podczas operacji oddech prowadzony jest przy pomocy maszyny - respiratora. Funkcjonowanie narządów i układów organizmu jest nieustannie monitorowane przez anestezjologa.

Monitorowanie obejmuje: Badanie czynności elektrycznej serca - EKG Ciągły pomiar ciśnienia krwi w tętnicach Pomiar rzutu serca ( objętość pompowanej krwi Ciągły pomiar ciśnienia w żyłach w okolicy serca Pomiar utlenowania krwi w naczyniach tętniczych Pomiar temperatury skóry i wnętrza ciała Pomiar wytwarzania moczu przez nerki I inne.

Projektowanie stron SSI