3. Rozdział I

Wersja do wydruku   

   Była piękna słoneczna pogoda. Bardzo ciepło, chociaż to dopiero końcówka kwietnia 1986 r. /sobota/. Przyjechała rodzina ze Śródmieścia na piknik. Siedzimy w ogrodzie, opalamy się, gramy w piłkę. Jest bardzo wesoło i przyjemnie. Podobnie w niedzielę. Cały dzień spędzamy na powietrzu. Pierwsze promienie słoneczne nadały skórze oliwkowej karnacji.

   Około wtorku zaczynam odczuwać bóle wątroby. Bolą mnie mięśnie, czuję się „rozbita”. Przecież z takim głupstwem nie będę szukała pomocy u lekarza. Przechodzę na dietę. Bóle utrzymują się przez kilka dni. Postanawiam, że jeżeli jutro nadal będzie bolało, zdecyduję się na wizytę w Przychodni Zdrowia. Na szczęście ból ustępuje, chociaż stan znużenia i zmęczenia utrzymuje się nadal. 

Powoli dochodzę jednak do siebie.


   Pod koniec maja robię podstawowe badania kontrolne i o zgrozo, okazuje się, że zawartość urobiligenu w moczu jest na poziomie takim jak przy żółtaczce. Przeprowadzone ponownie w laboratorium analitycznym badania były „nietypowe” - część prawidłowa, mieszcząca się w normie, część nieprawidłowa. Trzykrotne badanie moczu pozornie wskazywało na żółtaczkę, ale brakowało typowych objawów tej choroby. Lekarze nie bardzo wiedzieli, co ze mną począć. Odsyłali mnie jeden do drugiego. Trwało to około roku. W końcu trafiłam do właściwego lekarza, doktora obecnie profesora Andrzeja Habiora specjalisty chorób wątroby, który bardzo serdecznie zajął się mną. Byłam pod jego opieką do 2000 roku. Zrobiłam wszystkie możliwe badania łącznie z biopsją. Diagnoza nie brzmiała optymistycznie. Pierwotna żółciowa marskość wątroby! (PBC), o nieznanej etiologii. Na tę odmianę marskości nie ma lekarstwa. Bywają okresy wyciszenia choroby, która może trwać od kilku miesięcy do kilku, a obecnie wiadomo nawet trzydziestu lat. Pod koniec maja robię podstawowe badania kontrolne i o zgrozo, okazuje się, że zawartość urobiligenu w moczu jest na poziomie takim jak przy żółtaczce. Przeprowadzone ponownie w laboratorium analitycznym badania były „nietypowe” - część prawidłowa, mieszcząca się w normie, część nieprawidłowa. Trzykrotne badanie moczu pozornie wskazywało na żółtaczkę, ale brakowało typowych objawów tej choroby. Lekarze nie bardzo wiedzieli, co ze mną począć. Odsyłali mnie jeden do drugiego. Trwało to około roku. W końcu trafiłam do właściwego lekarza, doktora obecnie profesora Andrzeja Habiora specjalisty chorób wątroby, który bardzo serdecznie zajął się mną. Byłam pod jego opieką do 2000 roku. Zrobiłam wszystkie możliwe badania łącznie z biopsją. Diagnoza nie brzmiała optymistycznie. Pierwotna żółciowa marskość wątroby! (PBC), o nieznanej etiologii. Na tę odmianę marskości nie ma lekarstwa. Bywają okresy wyciszenia choroby, która może trwać od kilku miesięcy do kilku, a obecnie wiadomo nawet trzydziestu lat.

   Ten werdykt był najtragiczniejszą informacją, jaką o sobie w ciągu całego życia otrzymałam. Przytłoczyło mnie poczucie krzywdy. Dlaczego mnie przydarzyła się nieuleczalna choroba !? Dlaczego spotkało to właśnie mnie ? Zawsze dbałam o właściwe odżywianie siebie i rodziny. Nie pijałam kawy, ani alkoholu. Paliłam co prawda papierosy, ale tylko do 10 sztuk dziennie i to przed wieloma laty. Dlaczego ja, pytałam sama siebie, jeśli tyle miałam jeszcze w życiu do zrobienia.

   Najważniejsze były córki, jakże wtedy niesamodzielne, starsza 17-letnia, młodsza zaledwie 13-letnia. Należało zadbać o ich wykształcenie. Pomóc wejść w dorosłe samodzielne życie. Z mężem Markiem mieliśmy tak wiele wspólnych planów dotyczących przyszłości i czekających na realizację. Poza tym praca zawodowa, która przynosiła mi tyle radości i satysfakcji (byłam nauczycielką fizyki - obecnie na emeryturze). I naraz wszystko to prysnęło jak „mydlana bańka”. W jednej chwili zawalił się mój świat, z wielką starannością budowany przez kilka dziesiątków lat. Nie byłam w stanie pogodzić się z tym faktem. Tym wszystkim przeżyciom towarzyszył jeszcze strach. Przejmujący strach przed nieodwracalnością tego co zaistniało. Świadomość faktu nieuniknionej śmierci, będącej kwestią czasu, i to niedługiego, jak mi się wówczas wydawało. Ogarnął mnie niepokój i koszmarny lęk przed nieznanym. Co potem, jak już się przejdzie na tę drugą stronę ?.

   Problemami tymi zajmowali się kiedyś filozofowie i teologowie. Wiedza z lekcji religii (jestem katoliczką) nie dawała odpowiedzi satysfakcjonującej. Były to dla mnie okrutne przeżycia. Póki byłam zdrowa i nic mi nie dolegało, śmierć osób nawet z bliskiego otoczenia postrzegałam jako coś naturalnego, co „kiedyś” i mnie miało spotkać. Wszyscy „kiedyś” umrzemy. Ale to „kiedyś” miało dla mnie najczęściej wymiar nieskończoności. Refleksję, że niekoniecznie może to być nieskończoność, natychmiast od siebie odsuwałam. Wydawało się, że mnie to nie dotyczy.

   I naraz, z dnia na dzień, `problem śmierci stanął przede mną budząc grozę. Byłam przerażona i załamana. Ten stan utrzymywał się około tygodnia. Wracałam z pracy, zamykałam się w pokoju, i tak trwałam w izolacji. Na pytania najbliższych odpowiadałam niezmiennie „źle się czujꔳzzzaoiikk. Ale przecież nie mogło tak być wiecznie!. Rodzina potrzebowała matki i żony. Nie byłam w stanie zaakceptować swojej choroby. Nawet nie mogłam zdobyć się na to, żeby poinformować o swoim stanie zdrowia córki i męża.

   Długo trwało zanim pogodziłam się z myślą o nieuleczalnym schorzeniu, jeszcze dłużej zanim nauczyłam się o tym swobodnie mówić. Rodzinę poinformowałam mniej więcej po upływie roku, kiedy oswoiłam się ze swoim „choróbskiem” i przekonałam się, że człowiek tak szybko nie umiera.

   Prof. Andrzej Habior opiekujący się mną w tym trudnym okresie okazał się nie tylko bardzo dobrym specjalistą, ale i mądrym człowiekiem. Wiedząc, ze medycyna akademicka nie miała na moje schorzenie skutecznego leku - zaproponował, że będę „prowadzona” bezlekowo. Ucieszyłam się bardzo, bo łykanie jakichkolwiek tabletek, było dla mnie zawsze największą karą (okresowo przyjmowałam preparaty zawierające żelazo, ze względu na moją skłonność do anemii oraz witaminę A + D3 i wapno). Poza tym dieta wschodnioeuropejska ( tzn. jadłam wszystko to, po czym nie odczuwałam dolegliwości ). Decyzje podjęliśmy wspólnie, ale strach przed śmiercią nadal tkwił we mnie powodując depresje. Ten stanem rzeczy bardzo mnie złościł i mobilizował do tego, aby sobie jakoś radzić.

   Obserwowałam ludzi, którzy wiedli wydawałoby się pełne sukcesów, szczęśliwe i urozmaicone życie. Jednocześnie byli tak bardzo zestresowani, że nie mogli zasnąć bez środków nasennych. Zatracili bowiem umiejętność rozróżnienia dobrego nastroju wywołanego przyczynami naturalnymi od świetnego samopoczucia będącego efektem działania środków chemicznych. Przestało im wystarczać życie pełne pracy i obowiązków, a nie umiejąc znaleźć mimo usilnych poszukiwań remedium na ten stan i popadali w depresje. A więc leki nie rozwiązywały problemu. Zrozumiałam wówczas, że nie tylko ciało i emocje są ważne, ale dusza również potrzebuje troski i uwagi. Zwróciłam się ku religii. Jednak modlitwa aczkolwiek bardzo pomocna nie zaspakajała wszystkich moich oczekiwań.

   Rozwój duchowy na szczęście przestał być obecnie zarezerwowany tylko dla wybranych, a stał się dostępny dla każdego. Dodatkowym powodem mojego zwrócenia się w stronę duchowości było w wyniku obserwacji otaczającej rzeczywistości, wyzbycie się pewnych złudzeń dotyczących życia politycznego, polityków, współczesnej kultury i sztuki. Odrzucenie starych wartości i wzorców, których nie zastąpiły nowe, dające poczucie bezpieczeństwa, ładu, równowagi emocjonalnej.

Pragnąc osiągnąć wyższy stopień rozwoju duchowego i sprostać temu zadaniu zainteresowałam się literaturą ezoteryczną.

I nagle los zesłał mi zaskakujące doświadczenia. Przez lata uznawałam zasadę, że „mędrca szkiełko i oko” jest w życiu najważniejsze. Serce i czucie, a zwłaszcza CZUCIE było mi potrzebne jak każdej kobiecie, żonie, matce, ale nie po to zostałam nauczycielką fizyki, aby fascynować się w życiu „takimi sentymentalnymi problemami”, jak zgłębianie nieznanego, aby podporządkować temu życie.

   W tym ciężkim momencie przypomniałam sobie o istnieniu medycyny niekonwencjonalnej. Wielu ludzi z niej korzysta i bardzo sobie tę pomoc ceni. Należało spróbować. Nie bardzo było to w zgodzie z moim postrzeganiem świata okiem fizyka. Ale tonący brzytwy się chwyta. Nie miałam nic do stracenia. Zapisałam się do Polskiego Towarzystwa Psychotronicznego i zaczęłam uczęszczać na spotkania i wykłady. Tematyka była bardzo urozmaicona. Począwszy od radiestezji, poprzez bioterapię i inne techniki uzdrawiające jak : akupresura , polarity, ziołecznictwo, technika Aleksandra itd. Zajęcia prowadzili wykładowcy, często legitymujący się tytułami naukowymi, wśród nich lekarze. Zaczęło mnie to coraz bardziej interesować. Poznałam wielu wspaniałych ludzi, dużo rozmawialiśmy. Z niektórymi spotykałam się na wspólnych medytacjach. Byli to ludzie godni zaufania. Tam też zostałam zachęcona i zmobilizowana, żeby zrobić coś dla siebie.

( Akupresura - metoda leczenia polega na masowaniu określonych punktów na ciele. Polarity - system wyrównywania energii, sposób głębokiego relaksu, likwidowanie napięć, sposób na utrzymanie zdrowia i dobrej kondycji. Technika Aleksandra - uczy eliminowania niewłaściwej postawy, niewłaściwego ruchu przez co osiąga się umiejętność posługiwania własnym organizmem w celu zachowania zdrowia i pełnej sprawności psychofizycznej).

   Często słyszałam maksymę: nikt ci nie pomoże, jeśli nie pomożesz sama sobie.

Długo się zastanawiałam, czym chciałabym się zająć, co chciałabym robić, w jaki sposób mogłabym pomóc sobie.... i nie mogłam się zdecydować. Niespodziewanie dotarła do mnie informacja, że przyjedzie do Polski mistrz REIKI z Holandii Fokke Brink, a w dwa tygodnie później Hemi Fox Tohunga Wariua (uzdrowiciel duchowy) z Nowej Zelandii będzie prowadził kurs HUNY. Już wiedziałam, że będę uczestniczyła w jednych i w drugich zajęciach. To było TO.

   Moja ciekawość wkrótce przerodziła się w fascynację, zapragnęłam wykorzystać poznane metody. Inicjację I stopnia REIKI otrzymałam z rąk Fokke 1sierpnia 1992 r. A już w drugiej połowie sierpnia uczestniczyłam w zajęciach Huny Szamańskiej prowadzonych przez Hemiego i Katję Fox. U tych samych nauczycieli nauczyłam się masażu Ma-uri. Zdobyta wiedza stała się moim sposobem na życie. Zaczęłam pomagać sobie, a potem innym ludziom. Z czasem zostałam nauczycielką masażu Ma-uri i Huny na teren Polski oraz Europy Środkowowschodniej początkowo Instytutu Ma-uri Centrum Sztuk Uzdrawiania Polinezyjskiego w Danii, a od 2002 r. prowadzimy z Markiem moim mężem Polskie Centrum Masażu Ma-uri w Warszawie.

   Z Huną zetknęłam się już wcześniej. Pod koniec lat osiemdziesiątych ukazało się w Polsce wydanie skryptowe Huny Maxa Freedoma Longa. Udało mi się je nabyć. Przeczytałam dokładnie całą publikację, bardzo mnie zainteresowała. Praktykowanie Huny na podstawie lektury nastręczało mi wiele trudności. Nie wszystko było na tyle jasne i zrozumiałe, abym mogła w to całkowicie uwierzyć. Przytoczone przykłady praktyk były ciekawe, ale odbierałam je w sposób bardziej bajkowy niż realny. Mój logiczny, analityczny sposób myślenia cały czas szukał odpowiedzi na pytanie dlaczego ?, jak ?, po co ?. Nie zawsze mogłam znaleźć odpowiedź, wyjaśnienie działających mechanizmów.

   Na początku lat 90-tych trafiła do moich rąk książeczka Wiliama E. Glowera „Huna. Teoria i praktyka wiedzy tajemnej”. Publikacja ta pomogła mi wiele zrozumieć, ale nie rozwiała wszystkich wątpliwości. Okazało się, że dla pełnego zrozumienia potrzebny jest nauczyciel. Jedne i drugie zajęcia wiele nowego wniosły w moje życie. Zaczęłam inaczej postrzegać rzeczywistość, inaczej wartościować i rozumieć to wszystko, co do tej pory było dla mnie tylko pustymi słowami.

Jakież to proste, zapamiętać co zalecał bliżnim dr Mikao Usui i stosować to w życiu codziennym: 

  • właśnie dziś nie złość się,
  • właśnie dziś nie martw się,
  • szanuj swoich rodziców, nauczycieli i ludzi starszych, & uczciwie zarabiaj na życie,
  • okazuj wdzięczność wszystkiemu co żyje.

Również siedem zasad HUNY okazało się najprostszym sposobem na życie:

  1. Świat jest taki jaki ja myślę, że on jest,
  2. Nie ma granic dla naszych możliwości,
  3. Cała moc, cała siła jest wewnątrz mnie,
  4. Miłość jest po to, aby być szczęśliwym,
  5. Energia płynie zawsze tam dokąd ją kierujemy,
  6. Teraz jest moment mojego życia,
  7. Jestem efektywna i dobra w tym co robię.

   Zrozumiałam, że podstawą sukcesu jest wiara, to ona inspiruje działanie, a ono z kolei przywołuje wiedzę. Tą wiedzę, która jest w nas i tą którą możemy zdobyć z dobrych, fachowych, życzliwych źródeł, a nie w przypadkowych kontaktach. Kiedy to wszystko stało się dla mnie oczywiste życie nabrało nowego wspaniałego wymiaru. Poznałam moją chorobę, dowiedziałam się o niej prawie wszystkiego co było możliwe z punktu widzenia nauki. Ta wiedza pomogła wyeliminować niepokoje i lęki. To właśnie stres spowodowany strachem wynikającym z niewiedzy jest przyczyną depresji. Kiedy poznamy „ wroga” często okazuje się, że nie jest on wcale taki straszny jak podpowiadała nam wyobraźnia. Zaakceptowałam moją chorobę, a z czasem polubiłam i zaczęłam nawet traktować jak swoiste błogosławieństwo. Przecież gdyby nie ona, nie odmieniła bym swego życia, sposobu myślenia, wartościowania nie stała bym się nowym , lepszym, mądrzejszym, bardziej uważnym na potrzeby innych i swoje własne człowiekiem.

Projektowanie stron SSI