Coś z ciebie we mnie

Wersja do wydruku   

Temat tabu, do tego obarczony niewiedzą - tak wygląda nasza świadomość dotycząca transplantologii. A społeczna ważność zagadnienia rośnie. Tylko w 2003 roku w Polsce wykonano ponad 1300 zabiegów przeszczepienia organów od zmarłych dawców. Lekarze nie mają wątpliwości - takich operacji będzie coraz więcej.

Transplantologia budzi kontrowersje. Może nie takie jak aborcja czy eutanazja, ale jednak. Nie brak osób wierzących, które nie wyobrażają sobie, że po śmierci ich wątroba, nerka czy serce trafi do organizmu kogoś innego. Tak jakby fragmentaryzacja narządów mogła zepsuć duszę... Kościół katolicki nie potępia przeszczepów, a lekarze twierdzą, że często są one jedynym ratunkiem dla życia.

W Polsce mówi się o tym niewiele. Bardzo powoli przekonujemy się do noszenia przy sobie tzw. oświadczeń woli - pisemnych deklaracji ze zgodą na pobranie organów po śmierci. Może byłoby inaczej, gdyby więcej osób wiedziało, że po przeszczepie można wrócić do normalnego życia. A że tak jest - przekonują nasi rozmówcy.


Tylko przeszczep

Zygmunt Kraska z Olsztyna (50 lat) pracuje jako elektryk w PKP. Mija właśnie czwarty rok, od kiedy żyje z przeszczepioną wątrobą. Historia jego choroby sięga 12 lat wstecz. - W 1993 roku zacząłem odczuwać osłabienie, traciłem na wadze, strasznie swędziała mnie skóra - opowiada. - Zgłosiłem się do gastroenterologa, który skierował mnie na badania. Nie zliczę, ile ich było... Dopiero ostatnie - biopsja - wykazało, że pan Zygmunt cierpi na przewlekłe wirusowe zapalenie wątroby typu C. Do 1999 roku leżał w szpitalach chyba z 15 razy. W końcu lekarze zdecydowali, że trzeba sprawdzić, czy kwalifikuje się do przeszczepu. Okazało się, że to jedyna rzecz, która może mu uratować życie. Potem były kolejne badania i długie oczekiwanie.

- Bałem się bardzo - przyznaje Kraska. - Ale wiedziałem, że przeszczep to dla mnie jedyna szansa. Gdzie ja jestem? 27 czerwca 2001 roku został powiadomiony o zabiegu, a następnego dnia już leżał na stole. Operację, która trwała 12 godzin, przeprowadziło dziewięciu chirurgów. - Gdy się obudziłem, zobaczyłem przy łóżku żonę - wspomina pan Zygmunt. - Moje pierwsze słowa to: gdzie ja jestem? Pięć dni po operacji cały zżółkł - organizm odrzucił nowy organ. Pomogły specjalne leki.

Pan Zygmunt wyszedł ze szpitala we wrześniu, a po trwającym pół roku chorobowym wrócił do pracy. Po przeszczepie powinno się często kontrolować, a leki przyjmuje się już do końca życia. Trzeba się liczyć z efektami ubocznymi. - U mnie były to cukrzyca, nadciśnienie i chłoniak - wymienia Kraska. - Podejrzewano także białaczkę. Pan Zygmunt wrócił jednak do pracy. Szefostwo zgodziło się, by miał lżejsze zajęcia.

W deszczu i upale

Dziś kiepsko reaguje na zmiany pogody. Skacze mu ciśnienie, jest roztrzęsiony, boli go głowa. - Ale ogólnie czuję się sprawny - podkreśla z mocą. - Codziennie dojeżdżam do pracy na rowerze. Rok temu byłem na pieszej pielgrzymce do Częstochowy. Przez dwa tygodnie przeszedłem 500 km. Nieraz w deszczu, a nieraz w upale! A codzienne życie? - Żona twierdzi, że się zmieniłem - mówi. - I chyba ma rację. Wszystko mnie interesuje, stałem się bardzo "szczegółowy". Wszystko muszę mieć przemyślane, nic nie robię na chybcika. Przeszczep uratował mi życie. Cieszę się z tego życia.

Transplantacja okazała się ratunkiem także dla Cezarego Kozłowskiego (41 lat), pracownika naukowego Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Jest raptem 10 miesięcy po przeszczepie.

Jak ciało obce - W 1994 roku miałem w nocy atak silnego bólu brzucha - opowiada pan Cezary. - Trafiłem do szpitala, gdzie lekarze stwierdzili kamicę wątrobową. Potem co jakiś czas ataki wracały. Zdecydowałem się na usunięcie woreczka żółciowego. Po zabiegu bóle jednak nie ustały. Wracały co dwa, trzy miesiące i wtedy Kozłowski trafiał do szpitala. W 1996 roku znalazł się w Centrum Onkologii w Warszawie. Po szczegółowych badaniach lekarze wykryli u niego "pierwotne stwardniające zapalenie dróg żółciowych na podłożu autoimmunologicznym". - Mój układ odpornościowy traktował drogi żółciowe jak ciało obce i wciąż je atakował doprowadzając do marskości wątroby - tłumaczy.

W 2000 roku jeden z lekarzy powiedział mu: niech pan myśli o przeszczepie. W następnym roku pan Cezary trafił na listę oczekujących na operację. Trzy razy wzywano go na zabieg - odmawiał. - Czułem się dobrze, myślałem, że może ktoś inny bardziej ode mnie potrzebuje przeszczepu - opowiada. - W końcu lekarze powiedzieli mi, że jak będę tak robić, to mogę nie doczekać operacji. Ta jest dla mnie 9 sierpnia 2004 roku wrócił z urlopu. Następnego dnia odebrał telefon z Warszawy: niech pan przyjeżdża, mamy dla pana wątrobę. - Instynktownie czułem, że ta jest właśnie dla mnie - wspomina. Operacja trwała 10 godzin, obyło się bez późniejszych komplikacji. Po 18 dniach był już w domu.

A teraz? - Czuję się dobrze, pracuję, żyję jak zdrowy człowiek - mówi. - Jedyne co mnie odróżnia od naprawdę zdrowych ludzi, to systematyczne branie leków. A psychicznie? Podchodzę do wszystkiego z większym dystansem niż przed przeszczepem. Co jest teraz dla niego najważniejsze w życiu? - Bóg i rodzina - mówi bez zastanowienia. Zygmunt Kraska mówi to samo.

Radosław Paździorko - Gazeta Olsztyńska

KOMETARZE

Brak komentarzy
Projektowanie stron SSI